sobota, 30 grudnia 2017

Odcinek VII - Sukurs miłości



W okolicy panowała zupełna cisza, momentami przerywana pojedynczymi wystrzałami „gołębiarzy”. Józef skrył się w piwnicy, jednej z zniszczonych kamienic, których ta okolica była pełna. Miał z niej doskonałą pozycję by obserwować wejście do kanału, tego którym miała wrócić Adela, ale widział też z niej całą okolicę, aż do placu Napoleona. Mijały dłużące się godziny, głowę Józefa zajmowały wspomnienia kilku minionych dni. Czasu, gdy po raz pierwszy spotkał na swojej drodze Adelę, wszystkich chwil, które spędził w jej towarzystwie. Zdążył bardzo polubić ciemnowłosą dziewczynę. Czuł się wyśmienicie w jej towarzystwie, i po tym jak zeszła do kanału poczuł pustkę, oraz dziwny niepokój - jakiego nie czuł o nikogo nigdy wcześniej. Czas mijał, światło dnia z wolna ustępowało miejsca szarości popołudnia, by z zmienić się w noc zakrywającą miasto płaszczem ciemności. Znużony wyczekiwaniem, usiadł przy ścianie i zasnął.

Ze snu, wyrwała go spływająca po jego twarzy ciecz. Podniósł wzrok ku górze - było już jasno, przez szczeliny w drewnianym sklepieniu piwnicy, w której przebywał, dostrzegł niemieckiego żołnierza. Ulga, jaką dostrzegł na jego twarzy, jednoznacznie sugerowała co robi. Szczyny szkopa spływały wzdłuż deski, wpadały w otwór po sęku, lądując wprost na twarzy Józefa. Ten z obrzydzeniem splunął na ziemię, z wielkim opanowaniem sięgnąć po oparty o ścianę karabin. Podnosząc lufę ku górze ostrożnie go przeładował. Szkop spojrzał w dół, chcąc sprawdzić czy nie sika sobie przypadkiem na buty, i w tym momencie spojrzenia obu mężczyzn spotkały się. Obserwowali się przez chwilę w milczeniu. Mijały sekundy.
- Achtung! - wydarł się fryc w pośpiechu zapijając rozporek, dokładnie w tym samym momencie gdy Józef przeciągnął serią z MP40 po deskach, na których stał jego nieprzyjaciel.

Osłabiona konstrukcja zwaliła się pod ciężarem SS-mana, ten wraz z podłogą, spadł wprost na zasłaniającego się przed drzazgami Józefa. Mężczyźni nie zdążyli dobrze odnaleźć się w tej sytuacji, gdy nad krawędzią piwnicy pojawiło się dwóch kolejnych szwabów w mundurach z czaszkami, którzy bez zastanowienia zaczęli strzelać na oślep ze swoich „rozpylaczy”. W mig opróżnili magazynki swoich automatów, czego jedynym skutkiem była bezsensowna śmierć ich kompana.
- Scheiße! - pomstował jeden z nich - nie mieli więcej nabojów, bo większość posiadanej amunicji zużyli rozstrzeliwując „mośków” (jak nazywali Żydów) w jednej z dzielnic Warszawy. Józef przywalony strzępami drewnianego sufitu oraz cielskiem draba z SS uniknął obrażeń. Czym prędzej wydostał z pod tej pułapki, w samą porę, bo właśnie jeden z SS-manów skoczył w dół. Wyciągnąwszy bagnet, rzucił się na Józefa, ten długo się nie zastanawiał, złapał jedną z desek i walnął z całej siły szwaba w łeb. Uderzenie było potężne, bo pomimo głowy osłoniętej hełmem, szkopa zamroczyło. Józef sprawnie odebrał napastnikowi nóż i dźgając kilkukrotnie to w brzuch, to w pierś, odebrał mu życie.

Ani chwili nie świętował tego zwycięstwa. Wspinając się szybko po ścianie, wydostał się ze zrujnowanej piwnicy, potykając się o gruz, ruszył na kolejnego z SS-manów. Niemiec nie spanikował, szybko przejął inicjatywę. Mocnym kopnięciem w tors obalił Józefa z nóg. Kolejnym kopniakiem rozbroił go z noża, który upadając na kocie łby, odbił się kilkukrotnie wydając głośne dzwonienie. Następnie wbijając Józefowi kolano w wątrobę, zamachnął się i z wielkim impetem walnął kolbą karabinu w ramię Polaka. I gdy próbował zadać kolejny cios, Papcio wbił mu kciuka w oko. Szkop z grymasem bólu na twarzy upuścił broń, lecz za to zdołał obezwładnić Józefa, siadając okrakiem na polskim powstańcu.

W amoku zaczął uderzać polaka hełmem po głowie. Po kilku pierwszych ciosach, twarz Józefa przypominała rozkwaszony arbuz. Krew wypływała mu z ust i nosa, lewe oko całkowicie znikło pod opuchlizną. Skrajnie wyczerpany walką w ręcz, niemiecki żołnierz wziął kolejny zamach, trzymając hełm oburącz, uniósł go wysoko nad głowę, by zadać kolejny, może śmiertelny, cios. I gdy już miał nabierać impetu, zamarł w bezruchu, wpatrując się dziwnie w Józefa. Upadając na bok, odsłonił stojącą za nim Adelę. Dziewczyna cała się trzęsła targana emocjami. Ta, która ponad wszystko kochała życie, dziś sama je odebrała. Józef niezdarnie podniósł się z ziemi i podszedł do niej, spokojnie odebrał Adeli zakrwawiony bagnet. Wzdłuż jego zbrocza spływała jucha, która łącząc się w krople, spadała na ulice Warszawy, spragnionej zemsty i krwi okupanta.


Dziewczyna chwile stała w bezruchu, po czym delikatnie zaczęła gładzić dłońmi twarz Józefa, ścierając z niej krew. Oboje wpatrywali się w siebie stojąc w milczeniu. Teraz nie liczyło się nic, oprócz niech i tej chwili. Józef złapał rękę Adeli i delikatnie pocałował jej dłoń. Dziewczyna nieśpiesznym, delikatnym ruchem głowy zbliżyła swe usta do ucha mężczyzny i wyszeptała - kocham Cię. Ten delikatnie, troszkę nieśmiało, jakby robił to pierwszy raz, objął Adelę i tak padli na kolana, wśród ruin płonącego miasta, płacząc ze szczęścia i smutku jednocześnie... Zachłannie w siebie wtuleni, przyrzekli trwać przy sobie do końca życia.

5 komentarzy:

  1. Ależ mnie wciągnęło... wietnie napisane!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem tutaj puerwszy raz, ale czyta się Ciebie niezwykle wciągająco wydałeś juz cos?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Publikuje jedynie tutaj w coffeeshopp. Jestem z tego zadowolony, na tą chwilę nie czyje potrzeby tego zmieniać. Pozdrawiam i zapraszam ponownie.

      Usuń
  3. Doskonałe i wciągające, jak poprzednio.
    Bardzo lubię twój styl pisania, wszystkie smaczki, zgodnie z czasami jakie opisujesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje bardzo. Jest mi niezmiernie miło, taki komentarz od pasjonata historii. Radość

      Usuń

Copyright © 2016 coffeeshopp , Blogger