środa, 18 października 2017

Odcinek VI - Rozkazy serca



Adela ostrożnie wychyliła się z kanału. Penetrowała wzrokiem okolicę, próbując zgadnąć, w którym kierunku powinna się teraz udać. 

- Hände hoch! - usłyszała za sobą groźnie brzmiący głos. Zamarła w bezruchu, analizując możliwości wyjścia z tej sytuacji. Postanowiła skoczyć w dół, licząc na to, że w ten sposób uniknie niewoli, tortur lub rozstrzelania. Zanim jednak zdążyła puścić się drabinki, ktoś złapał ją za kołnierz. 
- Żartowałem. - zaśmiał się stojący teraz przed nią mężczyzna do złudzenia przypominający ubiorem żołnierza Waffen-SS. Od którego odróżniała go jednak biało czerwona opaska na ramieniu. 
- Pomogę Ci wyjść, podaj dłoń. - dopowiedział mężczyzna. Adela postanowiła zaufać żartownisiowi w niemieckim mundurze. 
- Witam na powierzchni. Jestem Antoni z batalionu "Zośka". - przedstawił się mężczyzna. W tej jednej chwili Adela wybaczyła mu to durne zachowanie, zadowolona z faktu, że znalazła oddział, 
do którego zmierzała. 

- Prowadź mnie do dowódcy. - zażądała pewnym głosem Adela. 
- Chyba do wanny. - mężczyzna zmierzył wzrokiem łączniczkę. Adela spojrzała na niego z irytacją. 
- To nie będzie takie proste, bo dowódca jest w budynku na drugim końcu ulicy. A pomiędzy nami 
a nim, są żołdaki Dirlewangera. - wyjaśnił szybko Antoni. 
- Ilu was tutaj jest? Może spróbujemy się przebić? - zapytała nerwowo Adela, niecierpliwiąc się. 
- Teraz, to już dwoje, ale zdaje się, że tylko ja mam broń. - naigrawał się z mężczyzna. W sumie Adela mogłaby oddać jemu niesione przez siebie rozkazy i wrócić na tamtą stronę śródmieścia do Józefa i jego oddziału. Lecz poczucie obowiązku było silniejsze. 
- Masz jakiś pomysł, jak się dostać do reszty twojego oddziału? - Adela zapytała spokojnie, 
acz stanowczo. 
- Najlepiej będzie zaczekać do wieczora i po zmroku prześliznąć się między niemieckimi pozycjami. - stwierdził Antoni.


* * *

Słońce z wolna zbliżało się ku horyzontowi. Józef czuł coraz większy niepokój, bo Adela nie wracała od ładnych kilku godzin. Wiedział też o tym, że nie może już dłużej trzymać swoich ludzi na tej pozycji, gdyż ryzyko wykrycia ich przez nieprzyjaciela rosło z każdą chwilą. Tym bardziej, że już kilka razy przelatywał nad nimi samolot, oznaczony białymi krzyżami. Tylko łut szczęścia sprawił, 

że nie zostali wykryci i ostrzelani z powietrza. Myśli kotłowały mu w głowie. Wahał się. 
- Janocha do mnie! - wezwał swojego zastępcę. Ten pochylony, żwawym krokiem zbliżył się do swojego dowódcy. - Tak jest? - czekał na instrukcje podoficer.
- Zabierzesz ludzi do domu. Nie ma co kusić losu. - rozkazał swojemu podkomendnemu Papcio. 
- A pan? - zapytał zaskoczony Janocha. 
- Ja zostaje, czekam na łączniczkę. - odpowiedział zdecydowanie Józef. 
- Dziewczyna zamąciła panu w sercu. - Janocha skwitował krótko. Józef nie zaprzeczał. 
Jego błyszczące oczy mówiły wszystko. 
- Słyszeliście dowódcę! Spinać dupy w troki i idziemy! - pogonił pluton Janocha. Józef został sam. Zaciągnął na twarz chustę i skrył się w piwnicy opuszczonego budynku, gdzie przez syp węglowy obserwował właz kanałowy.


fot.pixabay

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 coffeeshopp , Blogger