środa, 4 października 2017

Odcinek I - Bandyci pośród bram



No i stało się. Oficjalna uroczystość na placu apelowym szkoły nr 24 Warszawskiego Bemowa zakończyła rok szkolny 1960. Letnie słońce ogrzewa powstające z gruzów miasto. Zieleń drzew i krzewów w parkach i na skwerach niezdarnie ukrywają blizny wojny, które są tu nadal bardzo widoczne. Rumowiska, stopniowo ustępują miejsca nowym kamienicom i sklepom. Miasto i jego mieszkańcy wraca do normalności. Miną jednak pokolenia, zanim duch stolicy uleczy się na dobre. Fasady ocalałych z wojennej zawieruchy budynków noszą ślady ukąszeń pocisków. Każdy z nich mógł być tym, który odebrał życie ojcu Heleny, osierocając Ją, gdy ta była jeszcze w brzuchu matki. Nie ma dnia, by Helena nie myślała o swoim ojcu. Zna Go tylko z jedynej ocalałej fotografii oraz opowiadań matki. 

Józef Witaszek - dowódca plutonu Obwodu Śródmieście w Armii Krajowej. Przed wojną wykładowca języka niemieckiego na Uniwersytecie Warszawskim. Zginął w powstaniu. Wyprowadzał swój pododdział z kanałów, gdy trafiony w szyje, wykrwawił się na śmierć. Było to dzień po nocy poślubnej, którą spędził z Adelą (matką Heleny) w jednej z opuszczonych piwnic. Adela niechętnie wraca wspomnieniami do chwili gdy zginął jej mąż. Wszak była żoną tylko jeden dzień. Była też jedną z podkomendnych plutonowego Witaszka. Ci nazywali Go "Papcio", bo zawsze dbał o ich bezpieczeństwo. Jeśli w ogóle można o nie dbać w czasie wojennej zawieruchy. Był dla nich jak ojciec. Zawsze ruszał do akcji pierwszy, a z pola walki schodził ostatni. Tym razem też tak było. Jako pierwszy wyszedł ze studzienki kanalizacyjnej na placu Napoleona, nieopodal budynku towarzystwa ubezpieczeniowego Prudential. Zaraz za nim kilku jego żołnierzy. Okoliczne budynki płonęły. Żrący, czarny dym wypełniał płuca, dławiąc i odbierając oddech. Wokoło latały pociski karabinowe, a ich świst przypominał bzyczenie natrętnych moskitów. Co rusz wybuchała jakaś bomba, bo Stukasy krążyły nad Warszawą jak sępy, obserwując Jej agonię. Niemcy bardzo chcieli zlikwidować śródmiejski punkt oporu. Polska flaga na szesnastokondygnacyjnym budynku, kuła ich w oczy. Często strzelali do niego z "Karla" - gigantycznego moździerza, który musiał stworzyć prawdziwy szaleniec, lubujący się w sianiu pożogi.  "Papcio" wyciągnął rękę w kierunku studzienki. Chciał pomóc kolejnemu powstańcowi wyjść na powierzchnie. Właśnie wtedy, pocisk zwalił Go z nóg. Zmarł, leżąc w kałuży krwi. Kilka chwil potem większość jego grupy zginęła w niemieckim kontrataku. Adela ledwo żywa, dostała się do niewoli. Ale o tym nigdy nikomu nie opowiadała. 

Za to bardzo chętnie mówiła o historii wielkiej miłości. O tym jak poznała się z Józefem. Jak odkryła czułość, w znieczulicy tamtych dni. Powstanie w stolicy trwało już miesiąc. Adela służyła wtedy jako łączniczka, choć prawda jest taka, że wypełniała wszelkie zadania jakie zostały jej wyznaczone. Śmierć miała tak wielkie używanie wśród żołnierzy armii powstańczej, że Adela jednego dnia była sanitariuszką, a kolejnego zastępowała poległego strzelca na jednej z barykad. Tej konkretnej nocy, szła do śródmieścia. Miała za zadanie odnaleźć kompanię "Rudy" batalionu "Zośka", by przekazać Im wytyczne i rozkazy. Posuwała się powoli do przodu, wśród gruzu i płonących szczątków powalonych kamienic. Częściej na czworaka, obawiając się odłamków, spadających z nieba bomb i pocisków. Wrogie lotnictwo i artyleria, z uporem maniaka niszczyło dzielnice po dzielnicy, próbując w ten sposób wykurzyć polskie "szczury" z ich kryjówek. Nie było chwili spokoju. Co rusz w pióropuszu kurzu, kolejna kamienica obracała się w perzynę, niejednokrotnie grzebiąc przy tym, w swych wnętrznościach powstańców. Częściej jednak niż żołnierzy, osuwające się budynki zabierały ze sobą ich mieszkańców. Ale nie tylko spadające z nieba żelazo i ogień stanowiły zagrożenie. Wśród pozostałości bram i podwórek, kryli się Kozacy, którzy spuszczeni przez niemieckich panów ze smyczy, chętnie dopuszczali się rzezi i gwałtów, na mieszkańcach miasta. Gońców, niosących rozkazy poszczególnym pododdziałom powstańczym, czekał tragiczny los po schwytaniu przez tych dzikusów. Tym gorszy, jeśli posłańcem okazywała się być kobieta. Na wyższych kondygnacjach i dachach, budynków które nie ucierpiały nazbyt mocno w skutek wybuchów, kryli się niemieccy strzelcy wyborowi. Akowcy nazywali Ich bandytami i każdego schwytanego na miejscu likwidowali. Ich skuteczność wprowadzała spory niepokój w polskich szeregach. Ci bandyci polowali głównie na łącznościowców, starając się w ten sposób paraliżować skuteczność powstańczych działań. W tak niesprzyjających warunkach, Adela przemykała między pozostałościami Warszawskiego śródmieścia, licząc na łut szczęścia pozwalający przeżyć kolejny dzień.

                                                                                                        Kolejny odcinek: Śmierć i papierosy



1 komentarz:

Copyright © 2016 coffeeshopp , Blogger