niedziela, 29 października 2017

Wazektomia

Wazektomia


W czerwcu zostaliśmy rodzicami po raz drugi, osiągając tym samym wymarzoną - zaplanowaną ilość dzieci. Zawsze byliśmy z żoną w tej kwestii zgodni: dwoje dzieci i zamykamy produkcję. Wtedy, tak jak wielu ludzi, stanęliśmy przed dylematem, jakie kroki przedsięwziąć, by ten stan rzeczy niespodziewanie nie uległ zmianie. Rozważaliśmy różne formy antykoncepcji: wszywki pod skórę, tabletki antykoncepcyjne, prezerwatywy (choć tych oboje nie znosimy), spiralę oraz moją sterylizację - wazektomię. Po przeanalizowaniu wszystkich możliwości, 

a także plusów i minusów jakie ze sobą niosą, stanęło na wazektomii. Decyzja nie przyszła łatwo, ale o tym w dalszej części. Na początku rozwinę zagadnienie samego zabiegu, co to jest i jak wygląda.

Wazektomia - co to takiego?


Podwiązanie nasieniowodów czyli wazektomia, to względnie prosty zabieg urologiczny polegający na przecięciu i podwiązaniu nasieniowodów. Zabieg ten wykonuje się na wyczuwalnym przez skórę moszny nasieniowodzie. 
Po wykonanym zabiegu, mężczyzna staje się bezpłodny. Nie ma to jednak wpływu na jego wytrysk, ponieważ większość objętości spermy, stanowią płyny wydzielane przez gruczoł krokowy. Wazektomia wbrew obiegowej opinii, jest odwracalna. Jednakże próba odtworzenia nasieniowodów, wiąże się ze sporym ryzykiem niepowodzenia, a także niemałymi kosztami, co powoduje, że wazektomia jest definitywnym środkiem antykoncepcji.

Jak wygląda zabieg


Nie jest to żadna skomplikowana operacja. Po dokładnym odkażeniu miejsca zabiegu, urolog podaje miejscowe znieczulenie (to jest jedyna bolesna procedura całej wazektomii). Następnie wykonuje nacięcie moszny i po nałożeniu dwóch opasek na nasieniowód, przecina go. Analogiczną procedurę wykonuje się dla obu nasieniowodów. 

Po skończonym zabiegu, który trwa mniej niż kwadrans, pozostają dwie niewielkie ranki (zszyte rzecz jasna) na worku mosznowym. Tego samego dnia pacjent wraca do domu. Przez kilka dni po zabiegu należy się oszczędzać, żadnej jazdy rowerem, siłowni, wykonywania ciężkich prac fizycznych. Po około tygodniu, wszelkie niedogodności znikną. 
Po trzech miesiącach, należy oddać spermę do kontroli, celem potwierdzenia bezpłodności. U trzech na tysiąc mężczyzn poddających się wazektomii, zabieg nie przynosi pożądanego efektu.


Trudna decyzja


Decyzja o poddaniu się zabiegowi, była jedną z trudniejszych jakie przyszło nam podjąć (nam - bo zapadła w ścisłym porozumieniu z moją żoną). Poddając się wazektomii, ostatecznie zatwierdziliśmy chęć posiadania tylko dwójki dzieci. I mimo, 
że jesteśmy oboje pewni tego, że większej rodziny mieć nie chcemy, to z tyłu głowy nadal krąży myśl: ale co jak kiedyś nam się odwidzi? Wazektomia jest zabiegiem, który w znaczący sposób zmienia ludzkie życie (na własne życzenie mężczyzna staje się bezpłodny), należy być tego świadomym podejmując decyzję o jej przeprowadzeniu.

Moja opinia


W moim przekonaniu, wazektomia jest najlepszym, najbardziej optymalnym środkiem antykoncepcyjnym dla par, które decydują się ostatecznie nie powiększać rodziny. W moim mniemaniu jest też najbardziej humanitarnym i etycznym środkiem antykoncepcyjnym, z dostępnej na rynku gamy sposobów zapobiegania ciąży. Szczerze polecam to rozwiązanie osobom takim jak ja, świadomym jej skutków. Lecz z tego miejsca przestrzegam: wazektomia nie może być wyborem chwili, musi być dobrze przemyślaną decyzją.




fot.pixabay

czwartek, 19 października 2017

Prawdziwa opowieść wyimaginowanego Alberta

Prawdziwa opowieść wyimaginowanego Alberta

Ludzie za oknem mknęli chodnikiem, zgarbieni, skuleni, chowali się 
w kurtkach i płaszczach przed słotą. Pogoda nie zachęcała do opuszczania domu, mżawka, chłód - jesień jak się patrzy. Ale jak nie ma wyboru, to co zrobić? Bo to, co do tej pory wydawało się być jedynie abstrakcją, teraz, dzisiaj miało się urzeczywistnić. 

10:45 zarzuciwszy na siebie szaro-bure palto, Albert postawił pierwszy krok w drodze na spotkanie. Dołączając do reszty, mknął chodnikiem 
w deszczu, pod wiatr, zamyślony i pochłonięty wyobrażeniami nadchodzącej chwili. 
- Przepraszam. - rzucił od niechcenia, kobiecie, z którą się zderzył. I nie zwracając na nią więcej uwagi, poszedł dalej. 315 - tyle kroków pokonał do momentu, aż stanął przed obrotowymi drzwiami molocha, w którym był umówiony. Otrzepał palto i wszedł do środka. Białe ściany korytarzy rozświetlało zimne światło jarzeniówek, powodując wrażenie wszechobecnego chłodu - jak w lodowym pałacu Jadis, Białej Czarownicy z Narnii. Kolorowe bohomazy wiszące gdzieniegdzie, przez innych nazywane obrazami, nieporadnie próbowały dodać temu miejscu ludzkiego charakteru. Bezskutecznie. 

Albert popchnął drzwi numer 15 i wszedł przez nie do pomieszczenia. 
- Dzień dobry. - powitał legion siwowłosych staruszków siedzących 
w poczekalni. 
Ci spojrzeli jedynie na niego w milczeniu. Zlekceważony przez ogół, zajął jedyne wolne miejsce. Czas dłużył się na oczekiwaniu, każda minuta zdawała się trwać dłużej niż zwykle. Gdy po trzech kwadransach oczekiwania, Albert zaczął się czuć tak staro, jak ci wszyscy dziadkowie z „Legionu starców”, usłyszał najprzyjemniejszy głos tego dnia mówiący: 
- Pan Albert? Zapraszam ze mną. - Podniósłszy wzrok, ujrzał brunetkę w białym fartuchu. Jej promienisty uśmiech, rozpędził cały chłód panujący w pomieszczeniu. Albert siedział jak zaczarowany, patrząc jak kobieta odchodzi. Po chwili ocknął się z magicznego letargu 
i ruszył za nią. 
- Proszę wejść. - kobieta zwiewnym ruchem ręki wskazała na otwarte drzwi. Pomieszczenie przerażało swoją sterylnością - znów ten chłód. 
- Jestem Melisa, asystentka. - przedstawiła się kobieta. Na początek proszę założyć kąpielówki, resztą zajmiemy się już my. - powiedziała z szelmowskim uśmiechem, opuszczając pomieszczenie. Albert wykonał instrukcje i czekał na powrót Melisy. Ta wkrótce się pojawiła. 
- Jest pan świadom że podjęta decyzja jest ostateczna? - zapytała kobieta. Albert przytaknął kiwnięciem głowy. 
- Ok, proszę położyć się na kozetkę i zaczynamy. - oświadczyła asystentka, jednocześnie gasząc pilotem światło

Przez chwile panowała ciemność. Do uszu Alberta dobiegł dźwięk otwierających się drzwi. Do pomieszczenia weszła kolejna osoba. Światło z zapalonej przez nią lampy zabiegowej, takiej jak u stomatologa, odkryło przed oczami Alberta twarz kobiety. która w milczeniu zabrała się do pracy. Kąpielówki, które okrywały męskość mężczyzny, teraz były opuszczone bardzo nisko. 
- Poczuje pan ukłucie. - powiedziała oschłym tonem nieznajoma kobieta. I faktycznie, twarz Alberta wyrażała cały ból tego świata. Minął kwadrans, podczas którego kobiety na przemian podnosiły i opuszczały przyrodzenie Alberta, obracały je na wszystkie strony, miętosiły 
i dotykały, przy okazji razem cicho nucąc: „Just a young gun with a quick fuse. I was uptight, wanna let loose...Thunder, thunder, thunder...” 
- Gratuluję! Od teraz jesteś bezpłodny! - przemówiła bezimienna kobieta, odkładając na bok skalpel. Albert ubrał się, zarzucił na siebie szaro-bure palto i nieco kuśtykając pomknął chodnikiem do domu.

środa, 18 października 2017

Odcinek VI - Rozkazy serca

Odcinek VI - Rozkazy serca


Adela ostrożnie wychyliła się z kanału. Penetrowała wzrokiem okolicę, próbując zgadnąć, w którym kierunku powinna się teraz udać. 

- Hände hoch! - usłyszała za sobą groźnie brzmiący głos. Zamarła w bezruchu, analizując możliwości wyjścia z tej sytuacji. Postanowiła skoczyć w dół, licząc na to, że w ten sposób uniknie niewoli, tortur lub rozstrzelania. Zanim jednak zdążyła puścić się drabinki, ktoś złapał ją za kołnierz. 
- Żartowałem. - zaśmiał się stojący teraz przed nią mężczyzna do złudzenia przypominający ubiorem żołnierza Waffen-SS. Od którego odróżniała go jednak biało czerwona opaska na ramieniu. 
- Pomogę Ci wyjść, podaj dłoń. - dopowiedział mężczyzna. Adela postanowiła zaufać żartownisiowi w niemieckim mundurze. 
- Witam na powierzchni. Jestem Antoni z batalionu "Zośka". - przedstawił się mężczyzna. W tej jednej chwili Adela wybaczyła mu to durne zachowanie, zadowolona z faktu, że znalazła oddział, 
do którego zmierzała. 

- Prowadź mnie do dowódcy. - zażądała pewnym głosem Adela. 
- Chyba do wanny. - mężczyzna zmierzył wzrokiem łączniczkę. Adela spojrzała na niego z irytacją. 
- To nie będzie takie proste, bo dowódca jest w budynku na drugim końcu ulicy. A pomiędzy nami 
a nim, są żołdaki Dirlewangera. - wyjaśnił szybko Antoni. 
- Ilu was tutaj jest? Może spróbujemy się przebić? - zapytała nerwowo Adela, niecierpliwiąc się. 
- Teraz, to już dwoje, ale zdaje się, że tylko ja mam broń. - naigrawał się z mężczyzna. W sumie Adela mogłaby oddać jemu niesione przez siebie rozkazy i wrócić na tamtą stronę śródmieścia do Józefa i jego oddziału. Lecz poczucie obowiązku było silniejsze. 
- Masz jakiś pomysł, jak się dostać do reszty twojego oddziału? - Adela zapytała spokojnie, 
acz stanowczo. 
- Najlepiej będzie zaczekać do wieczora i po zmroku prześliznąć się między niemieckimi pozycjami. - stwierdził Antoni.


* * *

Słońce z wolna zbliżało się ku horyzontowi. Józef czuł coraz większy niepokój, bo Adela nie wracała od ładnych kilku godzin. Wiedział też o tym, że nie może już dłużej trzymać swoich ludzi na tej pozycji, gdyż ryzyko wykrycia ich przez nieprzyjaciela rosło z każdą chwilą. Tym bardziej, że już kilka razy przelatywał nad nimi samolot, oznaczony białymi krzyżami. Tylko łut szczęścia sprawił, 

że nie zostali wykryci i ostrzelani z powietrza. Myśli kotłowały mu w głowie. Wahał się. 
- Janocha do mnie! - wezwał swojego zastępcę. Ten pochylony, żwawym krokiem zbliżył się do swojego dowódcy. - Tak jest? - czekał na instrukcje podoficer.
- Zabierzesz ludzi do domu. Nie ma co kusić losu. - rozkazał swojemu podkomendnemu Papcio. 
- A pan? - zapytał zaskoczony Janocha. 
- Ja zostaje, czekam na łączniczkę. - odpowiedział zdecydowanie Józef. 
- Dziewczyna zamąciła panu w sercu. - Janocha skwitował krótko. Józef nie zaprzeczał. 
Jego błyszczące oczy mówiły wszystko. 
- Słyszeliście dowódcę! Spinać dupy w troki i idziemy! - pogonił pluton Janocha. Józef został sam. Zaciągnął na twarz chustę i skrył się w piwnicy opuszczonego budynku, gdzie przez syp węglowy obserwował właz kanałowy.


fot.pixabay

środa, 11 października 2017

Odcinek V - Tunel

Odcinek V - Tunel

Adela ruszyła na przód. Kanał był wypełniony wodą niemal do połowy, bo sięgała dziewczynie trochę powyżej pasa. Królująca tu ciemność nie pozwalała polegać na wzroku. Młoda łączniczka była zmuszona penetrować ten podziemny świat rękoma, wyszukując wszelkich przeszkód. Ściany kanału ściekowego pokrywała dziwna do opisania maź, konsystencją przypominająca tężejący budyń, z domieszką piasku i trawy. Lecz jej zapach dobitnie sugerował, że jest zupełnie czymś innym. Adela w skupieniu posuwała się naprzód. Ostrożnie stawiała stopy, na dnie tej kloaki spoczywało sporo oderwanych od sufitu cegieł, na których łatwo mogła skręcić nogę. Robiąc kolejne kroki, podrywała zalegający na dnie muł z fekaliów. Fetor robił się coraz trudniejszy do zniesienia. 
A i wody przybywało - bądź tunel robił się węższy. Przyspieszający nurt sugerował tę drugą możliwość. 

Szum płynących nieczystości robił się coraz głośniejszy, jakby tuż przed dziewczyną znajdował się próg wodny. Przeszkoda zatrzymała Adelę. Coś uniemożliwiało jej dalszy marsz. Wyciągnęła bardziej ręce, żeby zbadać barierę. Była miękka. Jak balon wypełniony wodą, z tym że dużo od niego większa. Z jej prawej strony wyraźnie dało się wyczuć kilka wgłębień, z czego jedno było większe od pozostałych. Adela ostrożnie włożyła palce do wewnątrz. 
- Ślimak, martwy szczur? - zapytała siebie pod nosem. Penetrowała dalej, chcąc dowiedzieć się 
z jakiego rodzaju przeszkodą ma do czynienia. Badając dokładniej, rozpoznała kształt zębów. 
- Czyli to język. - dziewczynie zebrało się na mdłości. Przezwyciężyła jednak chwilę słabości 
i ruszyła do przodu ponad zwłokami. 

Tunel robił się niższy i węższy. Łączniczka musiała się już garbić, zmierzając do celu. Co jakiś czas uderzała głową o wystające z sufitu elementy konstrukcji. Niewzruszona brnęła przed siebie. Chciała jak najszybciej wypełnić zadanie i wrócić do Józefa. Martwiło ją jednak to, że z powrotem musiała iść tą samą drogą . Tunel był już bardzo niski, więc Adela brodziła w szlamie na czworaka. Musiała bardzo mocno zadzierać głowę do góry, by mieć czym oddychać. Taka pozycja uniemożliwiała jej penetrację dłońmi przestrzeni przed sobą. Chlust! - wpadła w zagłębienie. Cała znalazła się pod wodą. W szoku zachłysnęła się ściekami. Ich smak był tak ohydny, że momentalnie wszystko zwymiotowała. Z trudem panowała nad swoim ciałem. Jej oddech gwałtownie przyspieszył w wyniku konwulsji. Po chwili strachu, udało się jej uspokoić. 

Ponownie ruszyła w przód. Po kilku metrach napotkała ścianę. Jedną ręką badała mur przed sobą. 
W jego dolnej części znajdował się otwór. Cały był zanurzony pod wodą. To jest miejsce, o którym mówił jej Józef. Adela uświadomiła sobie, że najtrudniejszy etap trasy jest dopiero przed nią. Zdecydowała się na chwilę odpoczynku, aby unormować oddech, uspokoić nerwy i skupić się na zadaniu. Wiedziała jednak, że nie wie nic, na temat tego, co ją tam czeka. Po kilku minutach oswajania się z nieuniknionym, wypełniła płuca powietrzem, po czym zanurzyła się i ruszyła
 w nieznane. 

Tunel był bardzo wąski, więc tylko osoba o drobnej budowie ciała - takiej jak jej, lub dziecko mogło się w nim zmieścić. O płynięciu nie było mowy. Jedyny sposób poruszania się w tych okolicznościach to pełznięcie. Starała się to robić jak najszybciej, bo z każdą sekundą zmniejszały się jej szanse na przetrwanie, a tym samym malało prawdopodobieństwo wykonanie zadania. 
- Trzy, cztery, pięć, sześć... - Adela liczyła w głowie, próbując skoncentrować się na czymś innym niż strach. Nagle utknęła. Coś ją zablokowało. Tunel był zatkany! Panika! 
- Siedem, osiem, dziewięć... Nie chcę tu umierać! Nie! Panie Boże i wszyscy święci dopomóżcie proszę. - dziewczyna modliła się myślach o pomoc Opatrzności. W jej płucach brakowało już tlenu. Zaczęła wiotczeć. Ostatnim zrywem sił, zaparła nogi o ściany i z całą mocą popchnęła zator. Ten ustąpił pod jej naporem. Ciśnienie wody w przesmyku gwałtownie wzrosło wypychając ja na drugą stronę. Adela czym prędzej wystawiła głowę ponad poziom wody, głęboki wdech, jeden, drugi, potem trzeci i kolejne. 

Pomieszczenie oświetlał snop, wpadającego od góry światła. Było ono bardzo przestronne, 
z licznymi dopływami. Woda była tu płytsza niż po tamtej stronie przesmyku. Sięgała ledwie do kolan i miała bardzo leniwy nurt. Płynąc delikatnie w dół, znikała za żeliwną kratą która osłaniała odpływ. Tam też Adela dostrzegła unoszący się na wodzie przedmiot. 
- To tym pewnie był zatkany tunel. - wyszeptała pod nosem. Podchodząc bliżej dostrzegła, że to parciana torba. Ciekawość wzięła górę - postanowiła sprawdzić co jest w środku. Podeszła bardzo blisko i uniosła torbę w górę. 
- Aaaaaaaaa! - wrzasnęła przestraszona. Tuż pod powierzchnią wody ujrzała bladą jak kreda, 
twarz chłopca. Jego usta były sine, a oczy mętne, blond włosy falowały w nurcie ścieków. 
To był ten drugi gazeciarz. 
- Śpij mały aniołku. - powiedziała Adela zamykając chłopcu powieki. Pomodliła się jeszcze nad jego truchłem i ruszyła ku wyjściu. Wspinając się po szczeblach drabinki w kierunku światła, poczuła ulgę, że wreszcie opuszcza to piekło. A przynajmniej na razie.



Poprzedni odcinek: Mały goniec                        fot.pixabay                 Kolejny odcinek już niebawem.

poniedziałek, 9 października 2017

Carmen

Carmen

Wstęp
Inspiracja leży na ulicy, tak można by powiedzieć, bo inspiruje mnie wiele rzeczy. Do napisania "Carmen", zainspirowała mnie twórczość zespołu Rammstein​, konkretnie trzy z ich utworów: "Waidmanns Heil", "Mein Teil", oraz "Liebe ist für alle da"



Carmen 


Poniedziałek. 98,6 stopnia Fahrenheita leje się z nieba, wprost na nowojorski Bronx. W jednym z małych rodzinnych przedsiębiorstw, dzień pracy dobiega końca. Pracownicy wychodzą, zostawiając za sobą brud i znój minionego dnia, sprzątnięciem którego zajmie się Carmen - młoda latynoska, pracująca tu na dwa etaty. 

Carmen z ogromną uwagą pełznie na czworaka, szorując podłogę z zakrzepłej krwi świń i bydląt, do której jak zahipnotyzowane lecą opasłe muchy. Dziewczyna czuje na sobie każde, molestujące ją, spojrzenie Freda, grubego jak wieprz, brygadzisty rzeźni, w której pracuje. 
- Stary napaleniec! Pieprzona świnia! - obrzuca go epitetami w myślach, bo niemal fizycznie odczuwa, jak ten dotyka wzrokiem jej zgrabny tyłek, schowany w przykrótkich szortach. Faktycznie, mężczyzna aż ślini się na jej widok. Jego wyobraźnia nie potrafi się powstrzymać, widząc jej posuwiste ruchy oraz te cudowne krągłości. Jej skóra uwodzicielsko błyszczy od potu, który wręcz pachnie słodyczą. Fredowi ciężko oderwać wzrok od tego obrazu, co nie umyka uwadze Carmen. 
- Basta! - woła w myślach dziewczyna. Gorący latynoski temperament bierze górę. 

Carmen podnosi się z kolan i z pewnością siebie rusza w kierunku szefa. Zbliżając wilgotne usta do jego ucha szepcze: - Chcesz się zabawić? - Ten aż się wzdryga, gdy ona łapie go niespodziewanie za krocze. Kropla potu spływa w dół jej szyi, by zaraz skryć się między dorodnymi piersiami, które w uwięzi trzyma jedynie kraciasta, flanelowa koszula, w pasie związana w supeł, odsłaniając tym samym błyszczący się od potu brzuch. 

Gruby Wieprz z trudem przełyka ślinę, nie jest pewien czy śni na jawie, czy też gwiazdka przyszła w tym roku wcześniej! Carmen kąsa go w opuszek ucha: - To jak będzie? - mruczy prężąc się niczym kotka, muskając go zmysłowo ustami. 
- Taak. - wydukał z siebie stary oblech. 
- To idź, zamknij sklep, zasuń żaluzje i przynieś sznurek spod lady, wiesz który, ten do pakowania zakupów. - wydaje polecenia, po czym  klepie Freda w zad. 
- Czekam na Ciebie w masarni - woła uwodzicielsko do odchodzącego mężczyzny. 

W pomieszczeniu powitał go półmrok. Przez zasłonięte żaluzjami okna, wpada skąpe światło. Wisząca pod sufitem jarzeniówka, rozbłyskuje co jakiś czas białym, zimnym światłem. Na środku pomieszczenia, stoi drewniane krzesło. Gruby Wieprz wchodzi do środka i od razu kątem oka zauważa Carmen. Dziewczyna poprawia chustkę na głowie, która związana w supeł na czole, podtrzymuje grzywkę. 
- Siadaj! - mówi stanowczo. Mężczyzna jednak stoi zdezorientowany. Carmen rusza więc w jego stronę. Mocnym szarpnięciem, rozrywa guziki jego przepoconej koszuli, przy okazji pchając go na krzesło. 
- Siadaj! - dobitnie domaga się wykonania polecenia. Facet siada jak tresowany pies. 

- Dawaj sznurek! - żąda groźnie Carmen. Mężczyzna z pokorą wypełnia jej polecenie. Nie protestuje też, gdy dziewczyna przywiązuje jego ręce do oparcia krzesła. Przebiega mu przez myśl, że to całkiem podniecające. Postanawia się trochę odprężyć i zanurzyć wzrok, w wylewającym się z flanelowej koszuli biuście dziewczyny. Carmen siada okrakiem na kolanach Freda i od razu czuje na kroczu, rosnące podniecenie Knura. - Mmmmm. - szepcze do jego ucha. 

Grubas sapie jak parowóz, i tak samo jak on, ocieka tłustym potem. Carmen ociera biustem o kudłaty tors mężczyzny, a następnie z gracją baletnicy zsuwa się z jego kolan i robiąc piruet znajduje się za jego plecami. W ręku trzyma resztę sznurka, który jej pozostał. Niespiesznie zaplątuje jego końce na dłoniach, a następnie tak powstałą garotę zaciska na szyi sapiącego Knura. W pierwszej chwili to go podnieciło, przeraził się jednak gdy poczuł jak Carmen mocniej zaciąga pętle na jego spoconej szyi. Próbuje się oswobodzić, ale mocne więzy skutecznie mu to uniemożliwiają. 

Jego oczy podchodzą krwią, twarz robi się biało-szara, a usta blado-sine, grymas bólu wykręca jego twarz - przypomina krzyczącą postać z malowidła Muncha. Ten obraz, odbijający się w lśniących kafelkach, tych, które z takim pietyzmem Carmen szorowała kilka chwil wcześniej, sprawił dziewczynie dyskomfort. Nie może patrzeć na tę szkaradę. Sprzątaczka rozluźnia uścisk śmierci i wychodzi  z masarni, rzucając cicho: - Tylko nie odchodź. Zaraz wrócę i znowu się zabawimy, kochanie. Gruby Wieprz próbuje krzyczeć, by wezwać pomoc, ale ze zmiażdżonego gardła nie wydobywa się nawet mysi pisk. Po paru minutach Carmen wraca, niosąc w ręku sznurek i szarą, papierową torbę, którą nakłada Fredowi na łeb. 
- To bawmy się! - woła rozkosznie, zaciągając ponownie pętle. Tym razem jeszcze mocniej, niż poprzednio. 

Wieprz wpada w konwulsje, a spod torby zaczyna płynąc potok śliny, która spływając po owłosionym brzuchu grubasa, a dalej po jego brązowych spodniach, sprawia wrażenie jakby facet właśnie się zeszczał.  Nagle tłuścioch zamiera w bezruchu. Chrząkanie jakie do tej pory wydobywało się z jego miażdżonej tchawicy ustaje. 
- No dalej, klepnij mnie w dupę, złap za cycka, albo nazwij świetną suką! No dalej! - krzyczy Carmen.

Tej nocy Carmen nie wraca już do domu. Zamiast tego rąbie tasakiem, zwłoki Freda, na mniejsze porcje, bo ten nie mieści się w całości do Meatgrindera 3000 - maszynki do mielenia mięsa. Zapach czosnku, imbiru, rozmarynu, tymianku, cząbru, majeranku, liści laurowych, a nawet ostrej papryczki chili rozchodzi się po masarni - wprowadzając miła atmosferę.

Wtorek. Dźwięk dzwonka, uderzonego przez otwierające się drzwi, przywołuje Carmen do lady. 
- Co podać? - pyta uprzejmie dziewczyna. 
- A co jest dziś w promocji? - pyta czarnoskóry mężczyzna. 
- Dziś? Pasztet z grubego wieprza. Podać? - odpowiada z uśmiechem na twarzy Carmen.


fot. z pixabay

środa, 4 października 2017

Odcinek I - Bandyci pośród bram

Odcinek I - Bandyci pośród bram


No i stało się. Oficjalna uroczystość na placu apelowym szkoły nr 24 Warszawskiego Bemowa zakończyła rok szkolny 1960. Letnie słońce ogrzewa powstające z gruzów miasto. Zieleń drzew i krzewów w parkach i na skwerach niezdarnie ukrywają blizny wojny, które są tu nadal bardzo widoczne. Rumowiska, stopniowo ustępują miejsca nowym kamienicom i sklepom. Miasto i jego mieszkańcy wraca do normalności. Miną jednak pokolenia, zanim duch stolicy uleczy się na dobre. Fasady ocalałych z wojennej zawieruchy budynków noszą ślady ukąszeń pocisków. Każdy z nich mógł być tym, który odebrał życie ojcu Heleny, osierocając Ją, gdy ta była jeszcze w brzuchu matki. Nie ma dnia, by Helena nie myślała o swoim ojcu. Zna Go tylko z jedynej ocalałej fotografii oraz opowiadań matki. 

Józef Witaszek - dowódca plutonu Obwodu Śródmieście w Armii Krajowej. Przed wojną wykładowca języka niemieckiego na Uniwersytecie Warszawskim. Zginął w powstaniu. Wyprowadzał swój pododdział z kanałów, gdy trafiony w szyje, wykrwawił się na śmierć. Było to dzień po nocy poślubnej, którą spędził z Adelą (matką Heleny) w jednej z opuszczonych piwnic. Adela niechętnie wraca wspomnieniami do chwili gdy zginął jej mąż. Wszak była żoną tylko jeden dzień. Była też jedną z podkomendnych plutonowego Witaszka. Ci nazywali Go "Papcio", bo zawsze dbał o ich bezpieczeństwo. Jeśli w ogóle można o nie dbać w czasie wojennej zawieruchy. Był dla nich jak ojciec. Zawsze ruszał do akcji pierwszy, a z pola walki schodził ostatni. Tym razem też tak było. Jako pierwszy wyszedł ze studzienki kanalizacyjnej na placu Napoleona, nieopodal budynku towarzystwa ubezpieczeniowego Prudential. Zaraz za nim kilku jego żołnierzy. Okoliczne budynki płonęły. Żrący, czarny dym wypełniał płuca, dławiąc i odbierając oddech. Wokoło latały pociski karabinowe, a ich świst przypominał bzyczenie natrętnych moskitów. Co rusz wybuchała jakaś bomba, bo Stukasy krążyły nad Warszawą jak sępy, obserwując Jej agonię. Niemcy bardzo chcieli zlikwidować śródmiejski punkt oporu. Polska flaga na szesnastokondygnacyjnym budynku, kuła ich w oczy. Często strzelali do niego z "Karla" - gigantycznego moździerza, który musiał stworzyć prawdziwy szaleniec, lubujący się w sianiu pożogi.  "Papcio" wyciągnął rękę w kierunku studzienki. Chciał pomóc kolejnemu powstańcowi wyjść na powierzchnie. Właśnie wtedy, pocisk zwalił Go z nóg. Zmarł, leżąc w kałuży krwi. Kilka chwil potem większość jego grupy zginęła w niemieckim kontrataku. Adela ledwo żywa, dostała się do niewoli. Ale o tym nigdy nikomu nie opowiadała. 

Za to bardzo chętnie mówiła o historii wielkiej miłości. O tym jak poznała się z Józefem. Jak odkryła czułość, w znieczulicy tamtych dni. Powstanie w stolicy trwało już miesiąc. Adela służyła wtedy jako łączniczka, choć prawda jest taka, że wypełniała wszelkie zadania jakie zostały jej wyznaczone. Śmierć miała tak wielkie używanie wśród żołnierzy armii powstańczej, że Adela jednego dnia była sanitariuszką, a kolejnego zastępowała poległego strzelca na jednej z barykad. Tej konkretnej nocy, szła do śródmieścia. Miała za zadanie odnaleźć kompanię "Rudy" batalionu "Zośka", by przekazać Im wytyczne i rozkazy. Posuwała się powoli do przodu, wśród gruzu i płonących szczątków powalonych kamienic. Częściej na czworaka, obawiając się odłamków, spadających z nieba bomb i pocisków. Wrogie lotnictwo i artyleria, z uporem maniaka niszczyło dzielnice po dzielnicy, próbując w ten sposób wykurzyć polskie "szczury" z ich kryjówek. Nie było chwili spokoju. Co rusz w pióropuszu kurzu, kolejna kamienica obracała się w perzynę, niejednokrotnie grzebiąc przy tym, w swych wnętrznościach powstańców. Częściej jednak niż żołnierzy, osuwające się budynki zabierały ze sobą ich mieszkańców. Ale nie tylko spadające z nieba żelazo i ogień stanowiły zagrożenie. Wśród pozostałości bram i podwórek, kryli się Kozacy, którzy spuszczeni przez niemieckich panów ze smyczy, chętnie dopuszczali się rzezi i gwałtów, na mieszkańcach miasta. Gońców, niosących rozkazy poszczególnym pododdziałom powstańczym, czekał tragiczny los po schwytaniu przez tych dzikusów. Tym gorszy, jeśli posłańcem okazywała się być kobieta. Na wyższych kondygnacjach i dachach, budynków które nie ucierpiały nazbyt mocno w skutek wybuchów, kryli się niemieccy strzelcy wyborowi. Akowcy nazywali Ich bandytami i każdego schwytanego na miejscu likwidowali. Ich skuteczność wprowadzała spory niepokój w polskich szeregach. Ci bandyci polowali głównie na łącznościowców, starając się w ten sposób paraliżować skuteczność powstańczych działań. W tak niesprzyjających warunkach, Adela przemykała między pozostałościami Warszawskiego śródmieścia, licząc na łut szczęścia pozwalający przeżyć kolejny dzień.

                                                                                                        Kolejny odcinek: Śmierć i papierosy



wtorek, 3 października 2017

Odcinek IV - Mały goniec

Odcinek IV - Mały goniec


Pluton skrył się w ciemności, pozostawiając za sobą wybuchy granatów i wystrzały karabinów. Ukryli się nieopodal, w ruinach zakładu pogrzebowego, gdzie oczekiwali aż nadejdzie poranek. Rana Adeli okazała się niegroźna. Było to tylko małe otarcie. 

- Stefan! Wieśka! Ruszcie się zbadać okolicę, tylko ostrożnie! - wydał rozkazy Papcio. Chłopaki nieomal bezszelestnie wypełzli z piwnicy. Słońce było jeszcze nisko, a poranna rosa nie zdążyła wyschnąć. W budynku, z którego nocą musieli się ewakuować, teraz byli Niemcy. W jakiej sile? Tego zwiadowcy nie potrafili określić. Chłopaki robili rekonesans po okolicy, nie było w niej innych fryców, oprócz tych wcześniej wymienionych. Z tymi informacjami wrócili, aby zdać raport Papciowi.

- No dobra, plan jest taki: dostarczymy Adelę do najbezpieczniejszego przejścia, potem zaczekamy tam na jej powrót. - powiedział Józef do zgromadzonych wokół siebie żołnierzy. Rozproszeni ruszyli między ruinami. Każdy z nich trzymał broń w pogotowiu. Cicho, niczym koty, przemykali między kolejnymi podwórkami. Adela podążała tuż za Józefem - dokładnie tak, jak nakazał jej przed samym wymarszem. Nie była pewna, czy to adrenalina, czy jego bliskość sprawiają, że serce biło szybciej, 
a w okolicach brzucha odczuwała dziwne mrowienie.
- Uspokój się! To nie czas na wygłupy! - skarciła samą siebie, w głębi duszy czując radość. 

Zejście do kanału, którym Adela miała dotrzeć do "Rudych", było sto metrów przed nimi.
- Stop. - zawarczał jeden z żołnierzy, idący na szpicy. Wszyscy przyklęknęli pod murem, kierując lufy swoich karabinów we wszystkie możliwe strony, żeby w razie czego, móc postawić zasłonę ogniową. Za rogiem, w bramie, dwóch Kozaków w czarnych wełnianych czapach¹znęcało się przy pomocy kija nad gońcem, małym gazeciarzem - ośmioletnim chłopcem. Wieśka i Kostek bez zastanowienia ruszyli mu w sukurs. Pierwszego Kostek zdzielił kolbą mauzera w potylice, i gdy ten runął na glebę, poprawił jeszcze kilka razy uderzając go w łeb. Drugi z oprawców ośmiolatka zdążył się obrócić. Tylko po to, żeby zobaczyć świecący kosy błysk, który z wielkim impetem wbił się w jego czaszkę, aż po sam jelec. 

- Wieśka, spadamy! - szturchnął kolegę Kostek, trzymający chłopca w ramionach.
- Do tylu! Raz, raz! - poganiał towarzysza broni. Młodzieńcy dołączyli do reszty oddziału.
- Co z nim zrobić? - zapytał Kostek dowódcy
- Wieśka, weź sobie jednego do pomocy i zanieście chłopca na pocztę główną. Tam się nim zajmą. Potem spotkacie się z nami w domu - tak oddział Papcia nazywał swoją główną kryjówkę.
- Kostek i Stefan, Wy tam na górę. - wydał dyspozycje Papcio, wskazując palcem pobliski budynek.
- Będziecie nas osłaniać. Reszta zabezpieczy zejście do kanału. Czas odstawić łączniczkę do jej zadań. - kontynuował przydzielanie zadań Papcio.

- Władek! Władek! Gdzie jest Władek...? - mamrotał pod nosem mały gazeciarz.
- Ruszajcie! - pogonił wszystkich dowódca. Kostek i Stefan z gracją kozic górskich wdrapali się na dach obdartego z tynku budynku. Mieli stamtąd doskonałą pozycję strzelecko-obserwacyjną. 
Papcio spoglądał co chwilę w ich kierunku, wypatrując znaku, na który wraz z resztą oddziału ruszy do włazu studzienki.

- Dobra. Jest sygnał. Oddział na przód! - wszyscy ruszyli bez zawahania. Czujnie stawiając stopy, rozglądali się po okolicy wypatrując wszelkiego zagrożenia. Kozaków może być tu przecież więcej. Adela podążała bezpośrednio za Józefem. Ten zaś, co jakiś czas powtarzał jej: 
- Ostatnie metry musisz przebrnąć pod powierzchnią wody. Nie wąchaj się! Bo zginiesz. 
My będziemy tu czekać do Twojego powrotu. Oddział powstańców otoczył studzienkę, 
która znajdowała się na środku skrzyżowania. Okoliczne gruzowiska dawały dobrą osłonę dla pilnujących jej od tej chwili żołnierzy. Józef podniósł właz.
- Wróć do nas. - powiedział Adeli ściskając ją na pożegnanie. Ten miły gest sympatii wywołał rumieniec na jej twarzy. Dziewczyna zeszła drabinką w dół.
- No dobra, dasz radę - dodawała sobie otuchy łączniczka, próbując myśleć o zadaniu, a nie o Józefie.


¹ W tamtym okresie, armia niemiecka była zlepkiem wielu narodowości i kultur.





Fotografia z okresu okupacji niemieckiej. Warszawa. Mały gazeciarz - chłopiec roznoszący Kuriera Warszawskiego. Fotografię udostępniło MPW.


Poprzedni odcinek: Wyznanie                                                                            Kolejny odcinek: Tunel


sobota, 30 września 2017

Odcienie czerwonego

Odcienie czerwonego


Wczoraj znowu minęli się na klatce schodowej. Ona zbiegała w dół, do kolegów czekających pod drzwiami. On szedł do góry, jak co dzień po pracy zmierzał do swojego mieszkania. I jak co dzień, tak też tego dnia obejrzał się za nią, pożerając wzrokiem jej płynnie falujące pośladki. Koniec zmiany w Bumarze, kolejny bezbarwny dzień dobiega końca. Z przystanku do klatki, a tam schodami w górę na czwarte piętro. Po drodze znowu minie dziewczynę. Nacieszy wzrok widokiem zmysłowych, osiemnastoletnich pośladków. To już chyba jedyna przyjemność jaka mu w życiu została. Bo dwadzieścia lat po ślubie, jego Starej tylko zrzędzenie w głowie. O byle gówno, byleby napierdalać ozorem bez potrzeby. 

Już słyszy kroki, zabiegającej z góry dziewczyny. Dziś ma na sobie czerwoną sukienkę. Minęli się w milczeniu. On jak zwykle obejrzał się za nią. Ta zatrzymała się w półpiętra, odwracając się w jego stronę zawołała szeptem - Zaczekaj. On stanął jak wryty, nie miał odwagi się odezwać. Stał jak słup soli na schodach. Dziewczyna podeszła do niego, łapiąc go za dłoń wyszeptała mu do ucha słowa: - Rodziców nie ma w domu. Ruszyła odważnie w górę, ciągnąc go za sobą. Mieszkanie wypełniały promienie słońca, wpadające przez wielkie okna. Wiśniowy, taki kolor miała sukienka, która spłynęła w dół ramion dziewczyny. Odkrywając przed jego wzrokiem aksamit śniadej, niewinnej skóry, ozdobionej bielizną w kolorze Ferrari. 

Silnymi spracowanym dłońmi, odgarnął jej włosy odsłaniając szyję. Musnął ją delikatnie ustami. Dziewczyna prężyła się jak kotka. Jej pośladki ocierały się o niego w tańcu rozkoszy. Dłonie zaplotła na jego karku. 
- Pieść mnie... - nalegała. Bezkarnie odkrywał każdą część jej intymności. Poznawał, czytając z mapy rozkoszy, każdy zakamarek jej rajskiego ogrodu. Szkarłatny, to kolor jej ust którymi szepcze do niego: - Teraz, mocno... Szarpnął ją za włosy, przy okazji podduszając. Twarde jak brylanty sutki, przebijały się przez bieliznę. 
- Ach! - westchnęła płonąc żądzą. Pchnął ją, ta upadła twarzą w poduszki na łóżku. Szybkim ruchem zdarł z niej koronkowe figi. Krwisto czerwony, zrobił się jej pośladek po tym jak smagnął go dłonią. 
- Jeszcze, jeszcze! - wolała w rozkoszy. Otworzyła się przed nim jak pąk róży. 
- Mocno, głęboko! - prosiła. 

On kazał jej niecierpliwie czekać, wpierw muskając językiem. 
- Tak, tak, tak... Powietrze w pokoju gęstniało od żądzy. Paskiem od spodni skrępował na plecach jej ręce. Mocnym szarpnięciem za włosy, przyciągnął ją do siebie. 
- Aaaaaa... Taaaaaak....! Jeszcze, jeszcze! - krzyczała w rozkoszy. Raz za razem przypierał ją do siebie. Ta krzyczała spełniona. Smagał jej pośladki, nadając im coraz głębszy odcień krwistej czerwieni. Drugą ręką trzymał za włosy, niczym jeździec konia za lejce. 
- Tak, taak, taaak! Szybciej, głębiej, proszę! - dziewczyna zawodziła w ekstazie. Rozkosz. - 

Waldek. Waaldeek. No Waldek! - sen przerwało wołanie Flądry w czerwono wyblakłych papilotach. 
- Spóźnisz się do pracy, wstawaj. - ponaglała złowrogo wyglądająca maszkara. To był tylko sen, ale wracając z pracy, znowu nacieszy wzrok. Kto wie co będzie potem?

Odcinek III - Wyznanie

Odcinek III - Wyznanie


Tej nocy Adela już nie zmrużyła oka. Siedziała samotnie w dziurze po oknie, patrząc na Ogród Saski. Jej kruczo czarne włosy, lśniły w blasku księżyca. Nie mogła przestać myśleć o Józefie. Jako niepoprawna romantyczka, oczami wyobraźni widziała siebie u Jego boku, stojących razem na ślubnym kobiercu. 
- Ach. - westchnęła. Jej wzrok wybiegał daleko poza horyzont, marzyła o wielkiej miłości. Ale przecież już pewnie więcej Go nie zobaczy. Jutro jak dostarczy niesione przez siebie rozkazy, zostanie skierowana do innych zadań. Może w innych okolicznościach, ale teraz... - Mogę się dosiąść? - zapytał Józef, przerywając Jej rozmyślania. Jego niski, spokojny i ciepły tembr głosu, sparaliżował Adelę. Nie potrafiła wydobyć z siebie żadnego sensownego słowa. Przesunęła się jedynie trochę na bok, robiąc miejsce dla swego lubego. Józef usiadł bardzo blisko niej i zapalił papierosa. Serce Adeli zabiło szybciej. Dobrze, że siedziała, bo inaczej nogi mogłyby się jej ugiąć. Siedzieli tak przez chwilę w milczeniu, patrząc na gorejącą Warszawę. 
- Co tu robisz tak sama? - zapytał Józef. 
- Patrzę jak umiera moje ukochane miasto. - skłamała Adela. Bała się przyznać, że w rzeczywistości myśli o Nim. 
- Byłem przeciwny powstaniu, bałem się tego co będzie. Bałem się odpowiedzialności za śmierć i zniszczenie które z sobą przyniesie. Owszem, pięknie byłoby wyrwać serce ukochanej ojczyzny ze szponów niemieckiego orła. Ale czy cena, jaką przyjdzie za to zapłacić jest tego warta? Czy mamy prawo poświęcać życie tysięcy dla idei? Nie wiem. Historia nas rozliczy. - mówił mężczyzna. 
- To dlaczego tu jesteś? - zapytała Adela, kierując wzrok na Józefa. - Dla Nich. Dla Kostka, Stefana i pozostałych chłopaków. Większość z nich znam od najmłodszych lat. Część była moimi studentami przed wojną. Wszyscy stracili ojców i braci we wrześniu '39 roku. Czuję się za nich odpowiedzialny. Zrobię co będę mógł, żeby wyciągnąć Ich z tego żywych, nawet za cenę własnego życia. Jestem tu z Ich powodu. - odpowiedział na zadane pytanie.

Brązowe oczy Adeli zabłyszczały ze wzruszenia. Patrzyła na Józefa. Ten wzrok skierowany miał w dal, zdawał się być nieobecny. Zapanowała cisza. 
- Padnij! - krzykną Józef, jednocześnie ciągnąć Adelę za kołnierz w dół. Runęli na podłogę. Wrześniową noc rozjaśniły "ołowiane świetliki", wyplute z gardzieli karabinu. Ratatatata... Terkotał rozpylacz z pałacu Saskiego. 
- Kostek! Kostek! Walnij Piatem! - zawołał Papcio (Papcio wydał rozkaz użycia granatnika. Robiło się groźnie). 
- Szybko! Biegnij na schody! Ale zabierz torbę z rozkazami! - Józef ponaglał Adelę. Ta podczołgała się do pięknie zdobionej toaletki. W na wpół rozbitym lustrze, widziała rozbłyski z lufy karabinu. Niemcy walili po oknach, zmuszając ludzi Papcia do ukrywania się przed nadlatującymi pociskami. Zielone smugi przecięły matową czerń pomieszczenia, gasnąc w ścianie naprzeciw okna. Helena z wielkim trudem sięgnęła po torbę. 
- Aua! - zawyła z bólu. Jeden z "moskitów" ukąsił ją w ramie. Józef pociągnął ją za rękę, szybko zbiegli po schodach. 
- Kostek, co z tym piatem!? - krzyczał do jednego ze swoich żołnierzy, podczas gdy ten w tej samej chwili zawołał: - Szlag! Niewypał! Niemcy podchodzili pod budynek. 
- Wszyscy do wyłomu. W tej chwili! - krzyczał do swoich ludzi Józef, po czym spojrzał na Adelę i dodał spokojnym, acz stanowczym głosem: - Ty wychodzisz jako druga. 
- Sześć, siedem, osiem... Czternaście, piętnaście, szesnaście... Jeszcze jeden! - wołał zdenerwowany dowódca plutonu. 
- Do cholery, gdzie jest Konrad?! - rozglądał się nerwowo 
- Jestem, już biegnę! - Józef usłyszał dobiegający z ciemności głos. Szybko zbiegał po schodach, nieomal spadając, młodzieniec bez butów i koszuli: - Łotry i ancymony! Rozstrzelali moje pranie... - pomstował pod nosem. - Do wyłomu, w tej chwili! - Józef krzyczał na chłopaka, kopiąc młodzieńca w tyłek.



Poprzedni odcinek: Śmierć i papierosy                                                  Następny odcinek: Mały goniec

Odcinek II - Śmierć i papierosy

Odcinek II - Śmierć i papierosy



- Łaaa! - Adela krzyknęła, znikając w głębokim leju. 
- Zamknij się! - warknął na nią rosły mężczyzna, wciskając Jej drobne ciało kolanem w ziemię. Do szyi przyłożył Jej bagnet. Zimna stal wywołała u Adeli gęsią skórkę. Dziewczyna nie widziała jego twarzy, zasłaniała ją szara chusta. 
- Zamknij się, rozumiesz? Albo sam poderżnę Ci gardło. Nie pozwolę narazić moich ludzi na zbędne ryzyko. A Twoja obecność tutaj, właśnie tym jest. Kiwnij głową jeśli zrozumiałaś. - warczał przez zaciśnięte zęby dryblas w szarym mundurze. Adela nie umiała ze strachu przestać przytakiwać. Kiwała głową jak w transie.  
- Co tu robisz? - zapytał szeptem napastnik. 
- Szukam "Rudych" - Adela odpowiedziała nieśmiało. 
Dryblas zabrał kolano, Adela znowu mogła swobodnie oddychać. 
- Masz szczęście, zaprowadzimy Cię do Nich. Ale nie w tej chwili. Teraz rozprawimy się z tą bandą szwabskich wieprzy - mówił mężczyzna, pokazując ręka na zgliszcza po zakładzie krawieckim. 
Adela nikogo nie widziała, ale do Jej uszu docierały odgłosy rozmowy. Jednak nic z niej nie rozumiała, język niemiecki był jej obcy. 
- Rozmawiają o jakości tytoniu. Jestem Józef. - przedstawił się rosły brunet. 
- Mówią, że tytoń z alianckich zrzutów jest lepszej jakości, niż ten który dostarcza im ich kwatermistrz. - kontynuował mowę Józef. 
- Zaraz rozwiążemy Ich problem. - dopowiedział z szyderczym uśmiechem, odchodząc. 
- A, Ty zostajesz tutaj! Zrozumiano? Teraz jesteś pod moją opieką, a o swoich dbam jak o nic innego na świecie. - oznajmił groźnie Józef. 

Adela przytaknęła kiwnięciem głowy. Grupa polskich powstańców ruszyła na wcześniej ustalone pozycje. Mieli stamtąd doskonały widok na okolice i nieprzyjaciela. Niemieccy żołnierze nie mieli pojęcia o ich obecności. A tym bardziej o nadciągającym starciu. By przetrwać tą konfrontacje, musieli podjąć walkę. Ale Papcio miał inny plan na rozwiązanie tej sytuacji. Nie było w jego zwyczaju niepotrzebnie narażać podkomendnych. Dlatego wraz z kilkoma chłopakami zajął pozycje na pierwszym pietrze nadpalonej kamienicy. Kolejne piętra to były tylko dymiące zgliszcza. Zajęli miejsce w dziurze po piecu - ten wyparował trafiony pociskiem Panzerjägera, kilka dni wcześniej. Była to doskonała pozycja strzelecka. Kostek, najmłodszy, a zarazem najlepszy strzelec w plutonie Józefa, zajął miejsce w wyrwie. Zdobyczny mauzer, którego używał, oznaczony był mnóstwem nacięć na kolbie. Każde z nich przypominało odstrzelonego szkopa. Dziś miało dołączyć do nich jeszcze kilku. 

Młodzieniec uważnie celował. Niemcy właśnie zabierali się do "pracy". Niespiesznie zakładali oporządzenie. Jeden z nich zaciągnął na twarz chustkę. Smród rozkładających się ciał, których ta okolica była pełna, przeszkadzał nawet tak wytrawnym oprawcom, jak te łajdaki z SS. Strzał! Po nim, nastąpił świst przypominający dźwięk gwizdka parowozu. Dalej potężna eksplozja. Kula ognia wystrzeliła w powietrze, rozświetlając okolice na żółto i czerwono. Pozostałości zakładu krawieckiego zwaliły się SS-manom na głowy. Zbiornik miotacza ognia, którym Niemcy wykurzali Polaków z piwnic i kanałów, teraz stał się bronią odwetową. Nad głową Adeli przefrunął hełm i spadł kawałek dalej. Wewnątrz nadal tkwiła głowa nieboraka którego miał chronić. Wszyscy znajdujący się najbliżej miotacza, zginęli od razu. Ten z chustką wręcz wyparował. Pozostałych, których nie zabiła fala uderzeniowa, dosięgły płomienie. Piekło na ziemi - tak można opisać to, co teraz przeżywali SS-mani. Jeden z nich wydobył z kabury lugera, po czym strzałem w usta odebrał sobie życie. Wolał sam się zabić, niż konać w męczarniach. Chłopcy Papcia zaczęli strzelać do tych żywych pochodni, chcąc nieco ulżyć Ich cierpieniom. 
- Nie strzelać! Niech ścierwo zdycha w męczarniach! Szkoda na nich nabojów - krzyczał dowódca plutonu. 
- Zawijamy się, zanim zwali się tu ich więcej! - ponaglał swoich ludzi Józef. 
- Kostek, idź po tę łączniczkę. 
Adeli bardzo zaimponowała brutalna opiekuńczość Józefa. Widząc z jakim zacięciem i zaangażowaniem, dba o życie swoich żołnierzy. Była nim całkowicie oczarowana.



Poprzedni odcinek: Bandyci pośród bram                                                    Kolejny odcinek: Wyznanie
Copyright © 2016 coffeeshopp , Blogger